Nastukany

“ Dziadek jest kombatantem, a wnuczek chodzi nastukany blantem” (blant od ang. “blunt” – skręt z marihuany) – rapował Tede. A wcześniej jeszcze: “blanty kręcę, po to mam ręce”. Cała jego płyta nagrana wraz z grupą hiphopową Warszafski Deszcz nosiła nawet tytuł “Nastukafszy”, Tede stał się więc chodzącą reklamą stanu “nastukania”, czyli odurzenia. Podobnie inni raz hiphopowej czołówki, z grupy Molesta, którzy proponują nastukanie jako sposób pacyfikacji samych siebie: “Wolę chodzić nastukany niż zadawać rany / Ten stan umysłu jest przeze mnie uwielbiany”.
Autor coo-lio.blog.pl wspomina: “Fazka, jak zwykle, nwiem, czy byłem tak nastukany, czy pijany” – to by świadczyło o tym, że te dwa stany są zdecydowanie oddzielane. Przeczy temu z kolei blog Kizi: “Spóźnił się tylko cztery godziny i przyszedł nastukany, z pijacką czkawką”. Można więc być nastukanym alkoh, wszystko zależy, jak się zdaje, od preferencji. Ale – jako że “nastukany” to coś więcej niż “wstawiony” – proponuję w tym miejscu tabliczkę: “Minister Zdrowia ostrzega...”.
Byłoby prosto, gdyby nastukanie dotyczyło tylko i wyłącznie odurzenia, upojenia. Ale “nastukać” można również komuś – w sensie “dosunąć”, “wlać”, “dołożyć” – na przykład: “Po tej masakrze zebrali mafię i chcieli nastukać lumpom”. Nawet kościół dostrzega obecność słowa w naszym życiu. “Oczywiste jest – pisze John Hamrick – że jeśli walkę, do której nie jesteśmy przygotowani, szatan wykorzysta okazję, by (jak mówiliśmy w dzieciństwie) “nastukać” nam”. Nie wiem, ile lat ma Hamrick, a ile jego polski tłumacz, ale zakładam, że dzieli ich przynajmniej różnica jednego pokoleni, bo “nastukaniu” jako popularnemu wśród młodzieży słowu nie dawałbym więcej niż dziesięć-piętnaście lat.
Można jeszcze “nastukać kilka słów na klawiaturze”, albo “nastukać pieniędzy”, “nastukać dużo kasy” (zwykle w sekwencji: “nastukać dużo kasy i zwiać”). Rockowa grupa Hey w wywiadzie dla magazynu muzycznego “XL” mówiła kiedyś: “Jeśli weźmiemy pod uwagę, że od płyty, która w sklepie kosztuje 40 złotych, każdy z nas ma 50 groszy, a nagranie płyty kosztuje 300 milionów (to mowa – zmyłkowo – o starych złotych – przyp. BC), to ile trzeba sprzedać płyt, żeby po 50 groszy nastukać taką sumę?”. Mamy więc z jednej strony zespół rockowy, borykający się z problemami kontraktowymi i finansowymi, z drugiej – wyluzowanych hiphopowców. Obie strony używają tego samego słowa, ale w jakże innych kontekstach.
(„Wypasiony słownik najmłodszej polszczyzny”, 2003)

17.11.2009 11:18 opublikowano w Bartek Chaciński, Mówi się