Cóż

BEZRADNOŚĆ TO MIŁY STAN. Mogę z czystym sumieniem dawać jej wyraz. Nic nie poradzę, więc nie muszę się przejmować. Żona moja bezradność nazywa wyuczona. Może i tak jest, ale cóż z tego?

Cóż

No cóż, „cóż” to czasem tylko bardziej eleganckie, trochę wyszukane „co”. Zamiast: „cóż, polewki dziś nie dacie?” mogę niby zapytać: „co, polewki dziś nie dacie?”. Ale pewnie wtedy mógłbym dłużej na czczo czekać. A zamiast „cóż u czarta za szaleństwo?” albo „cóż to, dżumę w zamku macie?” mógłbym wprawdzie pytać „co u czarta za szaleństwo?”. I „co to, dżumę macie, czy co?”.
Ale cóż... lepiej jednak „cóż”.
Kiedy pytam, chcę odpowiedzi. Ale takiej, która mi odpowiada. Cóż z tego, że ktoś odpowie, kiedy to nie będzie to? Na „co?” możesz odpowiedzieć, jak chcesz. A na „cóż?”? A to już bardziej jak ja chcę. W „cóż” jest trochę dystansu, trochę wyniosłości. A czasem w ogóle oddala się od prostackiego „co?”.
W „co to?” mam zwyczajne pytanie niezorientowanego; w„cóż to?” eleganckie zdziwienie zorientowanego lepiej. Cóż stad, że różnica mała, że to „-ż” to tylko wzmacniająca partykuła? Spróbuj tak zapytać przez „co”: „co stąd?”. Brrr.
I cóż Ty na to? (Jestem grzeczny: gdybym zapytał: „co Ty na to?”, tak grzeczny bym nie był). „No dobrze, może nawet tak jest” – powiesz – „i co z tego?”. Wtedy zrobi mi się trochę przykro, bo się starałem, a tu nic. A jak zapytasz „cóż z tego?”, poznam, że mogę się postarać jeszcze. Coś mi, że na razie nie rozumiesz. Dogadamy się.
A jak się nie dogadamy, to mam ładny sposób wyrażenia łagodnej rezygnacji. Powiem: „no cóż...”. Nawet nie zapytam.
No cóż, to tylko słówko...

09.06.2010 15:19 opublikowano w prof Jerzy Bralczyk, Mówi się