Ciało

RACZEJ NIE JESTEM zadowolony ze swojego ciała. Ma wiele złych stron. I zawsze właściwie miało. Z jednej strony było go za mało, bo jestem niski, z drugiej za dużo, bo jestem gruby. Jest mało sprawne. Ale to ciało to jest coś, co zdecydowanie lubię. Mam do niego podobny stosunek jak do ukochanego, ale nieudanego dziecka. A samo słowo „ciało” najpierw odnoszę  do ciała swojego, czyli do siebie.

Ciało

Wszędzie widzę ciała. Niebieskie i pedagogiczne, ustawodawcze i płynne, obce i Boże. We wszystkim dostrzegam lub dostrzec chcę cielesność. Sam w końcu mam ciało.
Pierwsza definicja słowa „ciało” w słowniku Doroszewskiego, powtarzana później, z niewielkimi zmianami, aż do najnowszego Uniwersalnego słownika języka polskiego PWN, brzmi: „tkanka mięsna, tłuszczowa, łączna i skórna otaczająca szkielet człowieka lub zwierzęcia;   mięso”. Niemile jest tak myśleć na przykład o własnym ciele. Ta cielesność nazbyt jest materialna, zbyt brutalnie fizyczna.
Ambiwalentny kulturowo jest stosunek do ciała. Z jednej strony ciało to coś, co stoi w opozycji do wzniosłej duszy, coś przyziemnego, pospolitego, czasem wręcz plugawego. Nawet moje własne ciało (a może zwłaszcza moje?) może być przedmiotem politowania, a czasem pogardy i wrogości. „Ten nasz dom – ciało, dla zbiegłych lubości, niebacznie zajźrząc duchowi zwierzchności, upaść na wieki żądać nie przestanie” – mówi Sęp-Szarzyński. Ot, nikczemna powłoka i tyle.
Z drugiej strony to przecież właśnie ciałem stało się słowo. Owszem, słowo było na początku, u Boga i Bogiem – ale potem przemieniło się w ciało. Brzmi to tak, jakby ciało było jednak forma wyższa. Słowo ucieleśniło się – tak, jak i dziś ucieleśnia się to, co było wpierw idea, pomyśleniem. Potem staje się ciałem, realnością.
Ciało zatem to to, co jest. Fizycznie, namacalnie. Zresztą nie zawsze istotnie namacalnie, nawet bowiem gazom przecież przypisuję cielesność. W ten właśnie sposób sankcjonuję ich fizyczne, materialne istnienie. Z kolei mówiąc o ciałach niebieskich, sprawiam, że staja się mi bliższe, mogą o nich myśleć naturalnie, bez przerażenia wszechświatem.
Jestem otoczony ciałami. Cokolwiek istnieje realnie, ma wymiar cielesny – to znaczy substancjalny. Ale jednocześnie ciało to nie tylko czy nie tyle substancja, ale też tej substancji kształt określony. Ukształtowany w pewien organizm. Mam ciało – ale też jestem, w pewnym sensie, ciałem czy też: także ciałem. Można mnie postrzegać jako ciało (może zresztą tylko lub przede wszystkim tak właśnie). Moje ciało to nie mięso czy jakaś tkanka – to cały organizm, zamknięta całość. Moje ciało. Ludzkie ciało. Całe ciało.
Właśnie ta całość jest podstawa do następnego użycia słowa „ciało”. Przecież można je odnieść także do instytucji. I to nie do byle jakich. Na przykład parlament – to ciało ustawodawcze, rząd – wykonawcze, sad – sadownicze. Całe instytucje są ciałami. A także – instytucje jako zbiory ludzi. Ciało pedagogiczne – to gromadka belfrów, tak jak w wojsku grupa żołnierzy – to skład osobowy.
Ciało – to mój organizm, ale jednak, choć stanowię organizm, nie myślę o sobie jako o ciele. Nie myślę: „jestem ciałem”. Raczej: „mam ciało”. Kto: ja? Jeśli skłonny jestem do myślenia o sobie jako o połączeniu czegoś cielesnego z niecielesnym (duchem, dusza, jaźnią, czymś) – to nie usprawiedliwia to tego wyrażenia. Ale także: „mam duszę”. Kto: ja? „Mam ciało i mam duszę” – zatem jestem czymś poza ciałem i dusza.
Wyobrażam sobie enigmatycznie, co się ze mną kiedyś stanie. Dusza uleci, ciało pozostanie. Albo: nie ma duszy. Nie będzie mnie. A ciało i tak pozostanie. Czyje to ciało? Moje. Było moje. Teraz już nie jest. Kiedy znajda moje ciało, to nie będę to ja, choć ciało będzie moje. Nie mogą znaleźć mojego żywego ciała – wtedy znaleźliby mnie, nie ciało.
Zatem ciało – to także coś, co mną już nie jest. Ciało – wynik wcielenia, ucieleśnienia, coś, co zaczyna istnieć. A także to, co pozostanie potem.



09.06.2010 15:19 opublikowano w prof Jerzy Bralczyk, Mówi się