Donieckie Andrzejki (Nagroda Główna w Konkursie)

Od dawna w noc z 29 na 30 listopada w Polsce są świętowane Andrzejki. W kraju, gdzie ja mieszkam, czyli na Ukrainie, wigilia Świętego Andrzeja obchodzona jest w noc z 19 na 20 grudnia. To jest jedna z pięknych tradycji, która łączy słowiańskie kraje: Polskę, Ukrainę, Białoruś i inne. Smutnym jest ten fakt, że ta tradycja traci swą moc z wielu przyczyn: pod wpływem rozbudowy miast (urbanizacja), wpływu zachodu (amerykańskiej kultury) i osłabienia religijności. Teraz jest popularniejszy halloween i adwentu mało kto z młodych ludzi przestrzega.

Inicjatorem imprezy Andrzejkowej wśród młodzieży polonijnej Towarzystwa Kultury Polskiej „Polonia” donieckiej obwodowej organizacji społecznej byłam ja – Maria Erdman. Jestem stypendystką Fundacji SEMPER POLONIA, skończyłam studia aktorskie i teraz kończę magisterkę z kulturoznawstwa. Dlatego dla mnie ten konkurs jest bardzo ciekawy i przyjemny. Uważam że kulturoznawca powinien sprzyjać zachowaniu tradycyjnych obrzędów. 

W kraju mojego zamieszkania, w miastach, Andrzejki nie są obchodzone – ta tradycja zachowała się tylko na zachodzie Ukrainy i przeważnie na wsi. Natomiast w środowisku kulturoznawczym temat wigilii Świętego Andrzeja jest aktualny. W zeszłym roku nawet pisaliśmy projekt, którego tematem było utracenie wiedzy o Andrzejkach wśród młodzieży. 

Pierwsze, co zrobiłam dla przygotowania imprezy – to napisałam do wszystkich swoich znajomych dziewcząt z Polski pytanie, jak w Polsce są świętowane Andrzejki. Dostałam informacje, że Andrzejek już nikt nie świętuje tradycyjnie, istnieją imprezy andrzejkowe w restauracjach, kawiarniach, pubach, albo też przedszkolach i szkołach. Ale każda z moich koleżanek powiedziała, że z przyjemnością wzięłaby udział we wróżbach magicznych. Podsumowując – format imprezy był wybrany. Głównym celem było opowiedzieć, jak świętowano kiedyś i zachęcić do odnowienia tej pięknej tradycji.

Udział dla wszystkich w Andrzejkach polonijnych był dobrowolny, głównym warunkiem udziału była wiara w moc tego wieczoru. Ja wzięłam na siebie rolę gospodyni improwizowanej chaty i zaprosiłam do siebie na „wieczornicę” młode niezamężne dziewczęta. 

Każda dziewczyna miała przynieść bałabuszkę – małą bułeczkę. Dawniej była taka tradycja: idąc do jakiejś gospodyni na „wieczornicę” młoda dziewczyna miała nabrać do ust wodę ze studni i donieść do chaty, aby upiec bałabuszkę. Nasze bałabuszki były kupione w sklepie, bo teraz takie są czasy. Każda dziewczyna postawiła bałabuszkę obok swoich nóg i wtedy wpuszczono psa. Do bałabuszki której dziewczyny pies podejdzie jako pierwszej – ta pierwsza wyjdzie za mąż, której bałabuszkę ugryzie – ta spotka swoją miłość, a u której nawet nie powącha bałabuszki – tej za wcześnie myśleć o weselu.

Dalej była wróżba na magicznych garnkach. Najmłodsza dziewczyna podchodzi pierwsza i zmienia garnki miejscami. Później, zaczynając od najstarszej, każda podchodzi i wybiera jeden, zagląda tam i jeżeli trafi się jej obrączka, to w następnym roku wyjdzie za mąż, jeżeli lalka, to będzie miała dziecko, a jak trafi kwiatuszek, to będzie w dziewicach jeszcze chodzić.

I nadszedł moment, żeby wszyscy zasiedli do stołu. Pierwszą wróżbą przy stole była wróżba na fasoli. Trzeba włożyć rękę do garnka z fasolą i wyciągnąć pełną garść, mocno ścisnąć palce i pomyśleć marzenie, później po jednym ziarnku wrzucać z powrotem do garnka przymawiając: „spełni się”, „nie spełni się” albo „tak” czy „nie”. 

I wreszcie przyszedł czas lania wosku przez klucz. To była chyba najatrakcyjniejsza wróżba. Wszyscy byli bardzo ciekawi i chcieli odgadywać, co ma znaczyć wylana forma. Aby wszyscy mogli dobrze widzieć zastosowaliśmy projektor multimedialny i ekran. 

Na końcu przyszedł czas, żeby się poruszać. Tu była wróżba na butach. Każda dziewczyna zdejmuje jeden but i rzuca przed siebie. W jaką stronę upadnie czubem, z tej strony ma czekać narzeczonego. Buty są już zdjęte i ustawiamy je w kolejkę od ściany do drzwi, bo wiadomo, że której dziewczyny but pierwszy „dojdzie” do drzwi, ta pierwsza wyjdzie za mąż. 

I jaka zabawa bez chłopców. Zanim ich poczęstowałyśmy ciasteczkami i kompotem z suszu mieli udowodnić swój spryt. Trzeba wybrać Pana Kolytyńskiego – najstarszego i najzdolniejszego chłopca, dać mu w ręce długi kij, do którego została przywiązana czerwoną wstążeczką kałyta – okrągłe ciasto z bakaliami i dziurą w środku. Trzeba tak upiec kałytę, żeby trudno było ją ugryźć. Bo Pan Kolytyński ma tak poruszać kijem w górę i dół, żeby pozostali chłopcy skakali, jak można najwyżej i starali się ugryźć kawałek kałyty. Ten kto ugryzie jest uznany za najsprawniejszego i najlepszego.

Na samym końcu była wymiana wrażeń, ciekawych opowieści i wspólny poczęstunek. 

Ze swojej strony dziękuję Fundacji SEMPER POLONIA za tak wspaniały konkurs i obiecuję, że w naszym środowisku polonijnym ta tradycja nie zgaśnie.

Maria Erdman

31.12.2013 10:18 opublikowano w Działamy